Jak wspominalam wczoraj rezygnujemy z drugiego dnia w Oruro i o 10tej rano siedzimy juz w busie za 20Bs do La Paz. Mijamy liczne wioski na Altiplano i ciezarowki z owcami lub krowami i po czterech godzinach jazdy i dwoch japonskich (!) filmach puszczanych w trakcie jestesmy w La Paz. Bedac jeszcze w busie dzwonilismy do Hostelu Sagarnaga... czy maja wolne pokoje. Potwierdzaja, wiec jedziemy prosto do nich. Na miejscu okazuje sie, ze to nie hostel tylko hotel z boyem itd i za 180Bs mamy niesamowity widok na La Paz. Na wstepie zaraz na przeciwko w kafejce El Montanes posilamy sie Saltenias, ktorych juz dawno nie jedlismy i na ktore w sumie juz za pozno, ale mamy szczescie bo pani juz prawie zamyka. Po probujemy potwierdzic kilka informacji w zwiazku z nasza wycieczka do Aucapata , ale informacja turystyczna jest zamknieta, a pani w biurze podrozy nigdy o tym miejscu nie slyszala...hm, brzmi dziwnie. Jestem ciekawa co Alex znowu wymyslil (ja wrazie co ukladam juz plan B... a moze by tak do Machu Picchu ;)). Wyglada na to, ze dzis nic nie zalatwimy, wiec spacerkiem po miescie. Blakamy sie przez nasza dzielnice (Calle Sagarnaga), gdzie jest rynek dla turystow, przez rynek czarownic (Mercado de Hechiceria), gdzie mozna kupic wszelkiego rodzaju ofiary dla bogow i inne pzrydatne przedmioty. Przez El Prado, czyli glowna ulice rozrywki, przez ulice Comercio, czyli glowna ulice zakupowa i wiel innych uliczek...Dluzszy przystanek na glownym placu (Plaza Murillo) i placu San Francisco, gdzie udaje nam sie zagladnac do kosciola, bo jest akurat msza. Pieknie, wiec chyba trzeba bedzie wrocic. To na rogu ulicy, gdzie nasz hotel, wiec nie problem. W midzyczasie lody, powrot do hotelu, bo pada, i dalszy spacer. Dzien pelen relaksu. W koncu wieczorowa pora udajemy sie na kolacje. Najpierw sprawdzamy Layq’a, ktore jest zaraz obok hotelu i polecane w przewodniku...miejsce z super atmosfera, ale karta wydaje sie troche zbyt europejska i ceny tez, wiec dzis rezygnujemy. Kolejne podjescie to ulica Murillo, gdzie na spacerze widzielismy kilka dobrych miejsc, ale to okazuja sie zamkniete. Tak wiec za trzecim podejsciem ladujemy w Restauracji Alaya na ulicy Cochabamba, ktora okazuje sie byc stolowka localsow i ja wpol swiadomie zamawiam bardzo tradycyjne danie (Picante de Conejo), ktore w brew pozorom nie jest krolikiem. Gdy dostaje talerz patrzy na mnie swinka morska (Conejo de Kawia = Conejillo de Indias) rozlozona na ryzu i fermentowanych ziemniakach. Jest zabawnie. A jeszcze zabawniejsze jest jedzenie tej swinki, bo jedyna mozliwosc dostania sie do miesa to porozrywanie jej na czesci. Glowa nie przestaje na mnie spogladac, ale daje rade. No to moja lista zyczen ‘To eat’ w Boliwi jest juz kompletna, czyli mieso lamy i swinka morska. Ale tyle dan jest jeszcze do odkrycia...jutro jest kolejny dzien.
P.S. to byla bardzo dobra decyzja zrezygnowac z Oruro i jechac do La Paz.