Dzis niedziela, wiec jeszcze mniej zalatwie, choc udaje mi sie dodzwonic do Holandii, gdzie radza mi zglosic sie na lotnisko. Na lotnisku nie ma biura Iberii, wiec nic mi to nie da. Nic nie wskoram. Jedziemy, wiec do Tiwanaku. Kilka rundek wokol ruin nie powinno mi zaszkodzic. To jedna z wycieczek, ktore rezerwowalismy jeszcze przed Sorata i Copacabana, na zyczenie Alexa, wiec szkoda, zeby przepadla. Z Diana Tours, biorem, ktore miesci sie w hotelu i z hotelu tez nas odbiera. Placimy 150Bs, z czego 80Bs to wejsciowka (localsi placa 8Bs, a studenci nawet 3Bs, przypominaja mi sie pod tym wzgledem Indie...) a reszta to przejazd i przewodnik. Usmiechnieta, pyzata Mabel, ktora upiera sie przy angielskim nawet, gdy odpowiadamy po hiszpansku. 1,5 godzinna jazda i jestesmy na miejscu. I tu wielki znak zapytania co pani przewodnik nam powie, bo my wiemy, ze czesc ruin, to nie rekonstrukcja, ale czyjas fantazja, bo, nie wiadomo jak to dokladnie wygladalo. Mabel ku naszej uciesze, szczerze mowi co jest prawdziwe i originalne, a co nie. Ogolnie cale Tiwanaku jest ogromne. Skladajace sie z muzeum, piramidy Akapana, ktora zostala odkryta dopiero kilka lat temu, Putuni, swiatyni Kalasasaya, swiatyni wpol podziemnej i piramidy de Pumu Punku. Do tego natrafiamy na pociag, ktory podobno do miejscowosci przyjezdza tylko raz w miesiacu...nie widze, zadnych pasazerow, ale gdy odjezdza jestesmy zajeci zwiedzaniem ruin. Tiwanaku to kolejna kultura, ktora zyla przed Inkami i calkiem sporo po sobie pozostawila. Po muzeum i ruinach przymusowy przystanek na almuerzo complete z zaprzyjazniona restauracja, gdzie w koncy zalapuje sie na pstraga. Wycieczka lekka, latwa i przyjemna, ale nie powalajaca, chyba, ze jestes zamilowanym archeologiem. Ale mnie i tak zmeczyla. Spowrotem musimy podjac jakas decyzje co z wypadem na Choiro trail, bo biuro i tak nam juz dalo drugi termin do namyslu. Ale my nadal nie mamy jasnosci, co ze mna i na chwile obecna ja nie dam rady 3 dni w gorach. W drodze powrotnej z Tiwanaku napatykamy kilka tanczacych i pijacych korowodow z wlasna muzyka. To taniec Morenada, ktory w jednej z teori wywodzi sie z niewolnictwa, ale obecnie jest praktykowany prawie co niedziele w okolicach La Paz w ramach ...Dzis niedziela wiec widac je wszedzie. Popoludniu ja odpoczywam. A na kolacje byle blisko trafiamy do Angelo Colonial, ktora okazuje sie przemila restauracja. Nowa wariacja zupowa ajiaco a la chilena i po mate cedron. Zupa miesna coprawda chilijska, ale tez dobra no i herbatka z lippi trojlistnej znanej rowniez jako werbena cytrynowa. Pycha. Szczesliwa ide spac.